Jako, że znów naszło mnie na muzykę...
Led Zeppelin jako jeden z pierwszych zespołów stanął na mojej drodze do dorastania. Jak na czas keidy ich zacząłem słuchać (późne lata 80 i wczesne 90) byłem stanowczo za młody. Nie mogłem ich słuchać nigdzie indziej jak w domciu, a co gorsze nikt z moich rówieśników nie podzielał moich zainteresowań. Ja dostęp do muzyki miałem raczej ograniczony (radiowa jedynka i trójka przed 20 nie oferowały za wiele rozrywki, telewizyjna jedynka i dwójka dłuuuugo później zaczęła nadawać utwory inne niż ówczesne disco. Nie powiem Sabrina robiła wrażenie, ale to stanowczo nie chodziło o jej śpiew.
Jako, że Zeppelini byli moimi prekursorami w kształtowaniu mojej muzykologii, na lekcjach muzyki miałem przerąbane... Grania na flecie tudzież tamburynie nie była szczytem moich muzycznych mażeń... Pamiętam jak dziś, że piątke z Muzyki dostałem tylko dlatego, że 2 źle komponowała się z moimi 5 na czerwonopaskowym świadectwie. Dyro był zawsze względnie wyluzowany w tym temacie.
Teraz to już nic więcej mi do szczęscia nie potrzeba niż budzik z Emigrant Song o 6:45 i Moby Dick w chwilach zadumania...
No comments:
Post a Comment